Okna i drzwi cioci Anieli
Trzeba wymienić okna i drzwi, parapety też i kaloryfery, ościeżnice są w tragicznym stanie - do wymiany. Wyliczając konieczne zmiany, stałam i patrzyłam na obraz nędzy i rozpaczy: dwupokojowe mieszkanie, schedę po cioci Anieli, która za punkt honoru postawiła sobie zatrzymać się w czasie.
Robiąc pierwsze oględziny mieszkania doszłam do wniosku, że się jej stanowczo to udało, ale w tym negatywnym sensie. W dużym pokoju na ścianach wegetowały wzorzyste tapety w arabeski, w kolorze, który w pierwszym odruchu trzeba by nazwać zgodnie z ciotki nomenklaturą “bezpćowym”. Łuszcząc się farba olejna odpadała z framugi. Duże kawałki białej emalii furkotały na wietrze wdzierającym się przez potężne szpary - jak piórka młodych ptaków, nadając całemu oknu dość dziwny - opierzony – wygląd. Podobnie wyglądał kaloryfer i klamki.
- Porta, wracaj tu zaraz - syknęłam na kocicę, która dokonywała własnych oględzin pod względem kociego użytkowania nowego lokum. Ale nawet i dla niej okna i drzwi wydały się zbyt kruche, żeby naostrzyć na nich pazury. Dotknęła je tylko nosem, prychając potem i próbując pozbyć się kawałeczków farby z nosa i pyszczka. Weszłam do kuchni i aż odebrało mi myśli na chwilę, nie mówiąc już o mowie.
Kuchnia, jej meble, okno, nawet klamki przy oknie były w idealnie zakonserwowanym stanie. Tak bardzo różniła się od wcześniejszego widoku, że na wszelki wypadek, jeszcze raz obróciłam się do salonu, upewniając się, że jestem w tym samym mieszkaniu. Ale nie było mowy o żadnej podmianie lokali. Kuchnia ciotki Anieli była inna.
Kwadratowe błękitne płytki z sielskimi, angielskimi różami, białe ( niegdyś ) meble z tłoczonymi frontami z prawdziwego drewna. Teraz na takie drzwi mówi się: stylizowane na retro. A ja tu miałam prawdziwy wzorzec, unikat. Kuchnia mojej ciotki okazała się prawdziwym Intytutem Sevres spod Paryża w kategorii kuchnie. Emaliowany granatowy czajnik, aluminiowa chochelka, wielkie słoje z uszytymi dla każdego z osobna kraciastymi przykrywkami, do których probowaliśmy kiedyś z bratem łapać świetliki. Porta też wyglądała na bardziej zadowoloną z tego pomieszczenia. Siedziała na parapecie obdarzając zainteresowaniem ręcznie robione zazdrostki - prezent od siostry ciotki. Nie sądziłam, wchodząc tego poranka na podwórze kamienicy przy ulicy Stolarka, że jej okna i drzwi szykują dla mnie taką niespodziankę.