Nareszcie wiosna- pomyślałam, spoglądając na poruszane przez poranny wiatr firanki. Leżałam od kwadransa w łóżku rozkoszując się wolną sobotą i wschodzącym słońcem. Nie miałam żadnych planów na cały weekend oprócz oddawania się bezkresnemu lenistwu.
Wypadałoby w sumie odwiedzić znajomych i zadzwonić do brata, ale znając siebie będę odwlekać telefon do nich i znajdywać sobie wymówki, że naprawdę nie mogłam, bo przecież, eeee Boże, co wymyślić w tym tygodniu ? Coraz trudniej przychodziło mi wynajdywanie usprawiedliwień dla własnej nieobecności towarzyskiej. Coraz trudniej też przychodziło moim bliskim zrozumienie, że czerpię niesamowitą przyjemność z bycia sama z sobą i naprawdę nie trzeba się o mnie martwić.
Nie trzeba przynosić pierogów ( kupowanych zresztą w pobliskiej jadłodalni…”każdy zestaw tylko 8 złotych”…), nie trzeba niespokojnym wzrokiem obrzucać wszystkich kątów mojego mieszkania, lustrować mnie i moja pidżamę w koty od góry do dołu i zostawiać namiary do bardzo porządnego “chłopca”.
Chłopców prawdę mówiąc to miałam dosyć i naprawdę zachwalanie przez moją bratową trzydziestoletniego “chłopca, bardzo miłego z poważnymi zamiarami” dawało skutek odwrotny - zazwyczaj w postaci udawanego przeze mnie odruchu wymiotnego, co bratowa kwitowała błagalnym spojrzeniem w sufit, jakby stamtąd miało spłynąć na mnie jakieś opamiętanie lub chociaż kawałek tynku, który porządnie walnąłby mnie w głowę i otrzeźwił “trochu”.
Nie potrzebowałam chłopca, ani nawet faceta, broń Boże mężczyzny. Czułam, że jeśli rzeczywiście kiedyś będę potrzebowała, jeśli minie mi kiedyś ten obecny błogostan samospędzania i samowypełniania sobie czasu, to raczej nie będę szukać ani polować. Nic nie będę robić. Oprócz
dryfowania, unoszenia swobodnego przez tygodnie, miesiące, lata. Bez nadziei i oczekiwań i jeśli trafię na mieliznę w postaci drugiego człowieka to ok, ale tylko tyle.
Zaparzyłam kawę, gdyż kofeina zawsze działała na moje myśli jak utrwalacz na zdjęcia. A ostanie wnioski stanowczo zasługiwały według mnie samej na utrwalenie i wbicie sobie w pamięć. W mózg. W rdzeń. W kod DNA. Podeszłam z kubkiem w dłoni do okna. Przez ulicę przebiegała właśnie moja bratowa z parującym styropianowym pudełkiem w ręce. Pierogi na śniadanie. Tego jeszcze nie było. Jeszcze wielu rzeczy nie było w sumie - uśmiechnęłam się ironicznie do samej siebie. Rozsunęłam firanki tak, żeby słońce zalało cały pokój i pospieszyłam do przedpokoju odebrać wielce zaniepokojony domofon.